Nie jesteś zalogowany.
Tak sobie gadałem z Lunarem, a ten objawił mi pewną rzecz, która dała mi do myślenia: Lun nie czuje klimatu Sigil. Nie wiem, czy czytał książki spod loga Dungeons&Dragons osadzone w realiach PS, ale trzeba przyznać, iż wiele osób nie potrafi sobie wyobrazić życia w sferach, gdyż nie ma zbyt wielu dobrych, fabularnych opisów krain i mieszkańców ani mięcha przetłumaczonego z Planewalkera.
Chciałbym zaproponować swoje tytuły, które pomogły mi jako tako zrozumieć wieloświat i wyobrazić sobie jego funkcjonowanie.
Terry Pratchett i jego książki ze ?wiata Dysku, a przede wszystkim opisujące historie straży miejskiej. Są to, kolejno: Straż! Straż!; Zbrojni; Na glinianych nogach; Bogowie, Honor, Ankh-Morpork; Piąty Elefant. Mistrz Pratchett to klasyk fantasy humorystycznego, który posiada rzeszę fanów. Jego książki są drogawe, ale rozpowszechnione we wszystkich lepszych bibliotekach. Wypisane przeze mnie tytuły dają wizję głównego miasta, o bardzo zbliżonym klimacie do Sigil; Ankh - Morpork.
Ankh-Morpork samo w sobie jest o wiele bardziej humorystyczne niż Sigil, ale i w nim żyje całe mnóstwo gatunków krzywo patrzących na siebie nawzajem ras, intryg, demoralizacji, nietypowe poglądy na dobro i zło.
Jeżeli spojrzymy na to z dystansem, nie mówiąc, że Sigil to AM, tylko jest Podobne do AM, jesteśmy w stanie sporo wynieść dla naszej wizji PSa. Tak samo książkę "Pomniejsze Bóstwa" mogą nas zainspirować przy opisywaniu bóstw, kultów, religii. Poniżej załączam darmowe, krótkie opowiadanie reklamujące ?wiat Dysku.
Druga rzecz: Autostopem Przez Galaktykę Adama Douglasa. Książka doskonale opisująca nieskończoność przestrzeni i niepojętość czasu, kipiąca podobnym do Pratchetta humorem opartym o dialogi, opisującym człowieka (typowego przedstawiciela Pierwszej Sfery Materialnej) który stopniowo wkręca się w zsady kierujące kosmosem... Jest to książka, która naprawdę mogłaby zostać przepisana i wprowadzona w PSa - wystarczyłoby zmienić kilka nazw. Wszędzie też towarzyszy elektroniczny poradnik (o tytule tym samym, co książka) bardzo podobny do dobrych mimirów.
Pod Teatrem Okrucieństwa zamieszczę kilka cytatów z Autostopu.
Czekam na podobne propozycje : )
Terry Pratchett
"Teatr okrucieństwa"
Opowiadanie ze ?wiata Dysku
Copyright (C) Terry Pratchett
Przekład - Jaromir Król.
Â
Był piękny letni poranek. W taki dzień człowiek aż się cieszy, że żyje. Człowiek leżący na ziemi zapewne również chciałby się tym cieszyć - był jednak martwy. Tak martwy, że bycie w choć minimalnie większym stopniu martwym wymagałoby przejścia specjalnego szkolenia.
- Dobrze - powiedział sierżant Colon (strażnik, Straż Miejska Ankh-Morpork) - Jak dotąd ustaliliśmy, że przyczyną zejścia było: a) pobicie na śmierć co najmniej jednym tępym narzędziem, b) uduszenie pętem kiełbasek, c) atak przynajmniej dwóch dzikich zwierząt o długich, ostrych zębach. I co teraz, Nobby?
- Teraz aresztujemy podejrzanego, panie sierżancie! - zawołał kapral Nobby, salutując.
- Podejrzanego, Nobby?
- Znaczy, jego - wyjaśnił Nobby, trącając zwłoki czubkiem buta - Jak dla mnie, to takie leżenie trupem pośrodku ulicy wygląda bardzo podejrzanie. W dodatku podejrzany pił. Moglibyśmy go aresztować za niechlujstwo i za nieżywotność.
Colon podrapał się w głowę. Aresztowanie zwłok miało, oczywiście, pewne plusy. Jednak...
- Coś mi się widzi - powiedział powoli - że kapitan Vimes chciałby, żeby tę sprawę załatwić. Zabierz no lepiej to ciało do wartowni, Nobby.
- A potem będziemy mogli zjeść kiełbaski, panie sierżancie? - spytał kapral Nobbs.
*****
?ywot najstarszego stopniem policjanta w Ankh-Morpork, najwspanialszym z miast ?wiata Dysku*, nie był usłany różami. Czasami, gdy kapitana Vimesa nachodził pochmurny nastrój, myślał sobie, że gdzieś tam zapewne istnieją światy bez czarnoksiężników (przez których zagadki zamkniętych pokojów były na porządku dziennym) i bez zombich (śledztwa w sprawie morderstwa wyglądały naprawdę dziwnie, gdy ofiara była jednocześnie głównym świadkiem), i gdzie można było być pewnym, że psy nie będą niczego robić nocami ani nie zaczną sobie ucinać z lud?mi pogawędek. Kapitan Vimes wierzył w logikę. Wierzył w nią mniej więcej w ten sam sposób, w jaki człowiek na pustyni wierzy w lód - innymi słowy, traktował ją jak rzecz niezbędną, lecz nie pasującą do świata, w którym przyszło mu żyć. "Jak dobrze byłoby choć raz w życiu coś naprawdę rozwiązać" - pomyślał.
Spojrzał w siną twarz leżących na kamiennym stole zwłok i poczuł dreszczyk emocji. W tej sprawie istniały autentyczne ś. Nigdy wcześniej nie zetknął się ze śladami z prawdziwego zdarzenia.
- Tego nie mógł zrobić rabuś, panie kapitanie - oznajmił sierżant Colon - Dlatego że kieszenie zwłok są pełne pieniędzy. Jedenaście dolarów.
- Nie nazwałbym tego "kieszeniami pełnymi pieniędzy" - zauważył Vimes.
- Pełne, bo to były monety, panie kapitanie. Same drobiazgi. Aż dziwne, że jego spodnie to wytrzymały. W toku śledztwa ustaliłem również, że pracował w showbiznesie, panie kapitanie. W kieszeniach miał wizytówki - "Chas Slumber - Rozrywki i Przedstawienia dla Dzieci".
- Jak sądzę, nikt niczego nie widział? - spytał Vimes.
- Cóż, panie kapitanie - wyjaśnił zawsze skory do pomocy sierżant Colon - kazałem młodemu Marchewie znale?ć paru świadków.
- Kapralowi Marchewie? Wysłaliście go, żeby sam prowadził śledztwo w sprawie morderstwa? - zapytał Vimes.
Sierżant podrapał się po głowie.
- No, wtedy on mnie spytał, czy znam kogoś starego i schorowanego...
*****
W magicznym ?wiecie Dysku zawsze znajdzie się jeden świadek każdego morderstwa. Ostatecznie taką właśnie ma pracę.
Konstabl Marchewa, najmłodszy członek Straży Miejskiej Ankh-Morpork, często sprawiał na ludziach wrażenie prostodusznego. I właśnie taki był - człowiek o prostej duszy, ale prostej w ten sam sposób, w jaki prosty jest miecz albo atak znienacka. Oprócz bycia prostodusznym, był również prostolinijny; był najprawdopodobniej najbardziej prostolinijnie myślącą osobą w dziejach wszechświata. Jego myśli dążyły bowiem do celu po najprostszej z możliwych dróg - linii prostej.
Konstabl stał właśnie przy łóżku staruszka, który najwyra?niej cieszył się z jego towarzystwa. Stał tam już przez pewien czas - i właśnie w tej chwili nadeszła pora na wyjęcie notatnika.
- Wyjaśnijmy to sobie od razu, proszę pana - powiedział - Wiem, że coś pan musiał widzieć. Był pan na miejscu zbrodni.
- CĂ?, W RZECZY SAMEJ, BY?EM - odparł ?mierć - I TAMTO NALE?A?O DO MOICH OBOWI?ZKĂW. ALE TO JEST ZDECYDOWANIE NIEZGODNE Z ZASADAMI...
- Widzi pan - powiedział kapral Marchewa - sądzę, że w świetle prawa nie tylko był pan na miejscu zdarzenia, ale i pomógł pan przestępcy. Przed lub po zdarzeniu.
- M?ODY CZ?OWIEKU - JA JESTEM TYM ZDARZENIEM.
- Ja zaś jestem stróżem prawa - odparł kapral Marchewa - Prawo musi istnieć i powinien pan to rozumieć.
- CHCIA?BY?, ?EBYM... EEE... WYKABLOWA? KOGO?? ?EBYM CI KOGO? WYSTAWI?? ZABAWI? SI? W KANARKA? NIE. NIKT NIE ZAMORDOWA? PANA SLUMBERA. NIE MOG? CI W NICZYM POMĂC.
- No, nie byłbym tego taki pewien, proszę pana - powiedział Marchewa - Sądzę, że właśnie pan mi pomógł.
- CHOLERA.
?mierć odprowadził Marchewę wzrokiem. Kapral pochylił głowę, schodząc wąskimi schodami prowadzącymi do wyjścia z chatki.
- GDZIE TO JA BY?EM...
- Przepraszam bardzo - odezwał się zasuszony staruszek z łóżka - Ja mam 107 lat. Nie mogę tak sterczeć przez cały dzień.
- ACH, TAK, RACJA.
?mierć naostrzył kosę. Po raz pierwszy pomógł w pracy policji. Ale ostatecznie każdy miał jakąś pracę do wykonania.
*****
Kapral Marchewa szedł przez miasto spacerowym krokiem. Wymyślił Teorię. Przeczytał kiedyś książkę o Teoriach. Dodawało się do siebie wszystkie ślady i otrzymywało Teorię. Wszystkie elementy musiały do siebie pasować. Skoro zaś były kiełbaski, to musiał być też ktoś, kto je kupił. Poza kiełbaskami były też drobne pieniądze - a zwykle tylko jedna podgrupa ludzkiego gatunku płaci drobnymi.
Po drodze wstąpił do masarni. Napotkał też grupkę dzieci i przez chwilę z nimi rozmawiał. Potem, nie spiesząc się, wrócił do alejki, w której kapral Nobbs skończył zaznaczać kredą obrys ciała. Oprócz tego, Nobby pokolorował obrys, dorysował mu fajkę w ustach i laskę w ręce, a do tego dodał parę drzew i krzaczków w roli tła - przechodnie zaś zdążyli już wrzucić do hełmu kaprala siedem pensów. Marchewa skierował się w koniec alejki. Tam przez chwilę przyglądał się sporej stercie śmieci, a następnie przysiadł na popękanej beczce.
- W porządku... możecie już wyjść - powiedział, nie kierując swych słów do nikogo w szczególności - Sądziłem, że na świecie nie ma już krasnoludków.
W stercie śmieci dał się słyszeć jakiś ruch - a potem wyszli z niej. Mały, przygarbiony człowieczek w czerwonej czapie i z zakrzywionym nosem, maleńka kobieta w ozdobnym kapeluszu na głowie i o wiele mniejszym od siebie dzieckiem na ręku, miniaturowy policjant, pies z obrożą wokół szyi, a wreszcie bardzo niewielki aligator.
Kapral Marchewa siedział i słuchał.
- On nas do tego zmusił - powiedział mały człowieczek. Miał zaskakująco głęboki głos - Bił nas. Nawet aligatora. Tylko tyle potrafił - uderzać wszystkich kijem. Zabierał też wszystkie pieniądze, które zebrał piesek Tobby, i upijał się za nie. A potem uciekliśmy, a on złapał nas w alejce i zamierzył się na Judy i na dziecko, i przewrócił się, i...
- Kto pierwszy go uderzył? - spytał Marchewa.
- My wszyscy!
- Ale niezbyt mocno - powiedział Marchewa - Jesteście za mali. Nie zabiliście go. Mam niepodważalne zeznanie świadka, który może to potwierdzić. Dlatego przyjrzałem się jeszcze raz trupowi - on się udławił. I dlatego umarł. A to - co to takiego?
Pokazał im mały skórzany krążek.
- To żłopek - powiedział mały policjant - Robił nim głosy. Mówił, że nasze nie są wystarczająco śmieszne.
- W taki sposób powinno się to robić! - oznajmiła mała Judy.
- Miał to w gardle - powiedział Marchewa - Sugeruję, żebyście uciekli. Tak daleko, jak możecie - i nie dalej.
- Myśleliśmy o zorganizowaniu spółdzielni - oświadczył pierwszy krasnoludek.
- Wie pan... dramat eksperymentalny, teatr uliczny... takie właśnie rzeczy. Zamiast bicia się nawzajem kijami.
- Biliście się kijami na pokazach dla dzieci? - spytał Marchewa.
- On mówił, że to nowy rodzaj rozrywki. ?e to szybko chwyci.
Marchewa wstał i wyrzucił żłopek na stertę śmieci.
- Ludzie nigdy czegoś takiego nie zaakceptują - oznajmił - Nie powinno się w taki sposób tego robić.
 ________________________
* ?wiecie, który jest płaski i płynie poprzez wszechświat na skorupie ogromnego żółwia - bo właściwie czemu nie.
"Teatr okrucieństwa" został pierwotnie napisany jako opowiadanie dla magazynu "Bookcase" W. H. Smitha. Powyższą, poszerzoną wersję opowiadania wydrukowano pó?niej w programie zlotu OryCon 15.
Istnienie tej wersji opowiadania jest możliwe dzięki szczodrobliwości autora, który dopuścił swe dzieło do rozpowszechniania w sieci i jednocześnie zastrzega sobie do niego wszelkie prawa. Jak ujął to sam Terry Pratchett: "Nie chcę go widzieć rozpowszechnianego w druku, ale nie mam nic przeciw temu, by ludzie ściągali je sobie z sieci dla własnej przyjemności".
Przełożył Jaromir Król.
Cytaty z Autostopem przez Galaktykę Adama Douglasa:
"Oto, co "Encyklopedia Galactica" mówi na temat alkoholu. Twierdzi, że alkohol to bezbarwna, lotna ciecz otrzymywana w procesie fermentacji cukrów. Odnotowuje również odurzający efekt, jaki wywiera on na pewne formy życia. Przewodnik ",Autostopem przez Galaktykę" również wspomina o alkoholu. Mówi, że najlepszy drink, jaki kiedykolwiek istniał, to Pangalaktyczny Dynamit Pitny.
Informuje, że efekt wypicia tego trunku można opisać jako zmiażdżenie mózgu plasterkiem cytryny owiniętym wokół wielkiej cegły ze złota. Podaje też, na jakich planetach można dostać najlepiej zmiksowany Pangalaktyczny Dynamit Pitny, jakiej ceny należy się spodziewać i jakie organizacje charytatywne zajmują się pomocą przy pó?niejszej rehabilitacji.
Przewodnik podaje nawet przepis na ów koktajl: porcję Old daru Spirit wlać do jednej porcji wody z mórz Santraginusa V, dodać trzy kostki mega-ginu i wymieszać, aby roztopiły się w roztworze. Kostki , muszą być odpowiednio zamrożone, by nie ulotniła się z nich benzyna. Roztwór połączyć z czteremalitrami falliańskiego gazu błotnego o właściwościach musujących (ku pamięci tych szczęśliwców, którzy umarli z rozkoszy na bagnach Fallii). Na grzbiecie srebrnej łyżki odmierzyć miarkę qualactińskiego ekstraktu hipermięty, zawierającego wszystkie oszałamiające zapachy ciemnej strefy Qualactiny o subtelnej, mistycznej słodyczy. Dodać ząb algoliańskiego tygrysa słonecznego. Patrzeć jak się rozpuszcza, rozpalając głęboko w sercu koktajlu płomienie algoliańskich Słońc. Spryskać Zamphuorem. Dodać oliwkę. Wypić... ale... bardzo ostrożnie."
Vogońska poezja jest oczywiście na trzecim miejscu, jeśli chodzi o najgorszą poezję wszechświata Na drugim miejscu znajdują się utwory Azgotków z Kria. Podczas recytacji poematu "Oda do małej bryłki zielonego kitu, którą znalazłem pod pachą pewnego letniego poranka" w wykonaniu autora, wielkiego mistrza poezji Grunthosa Flatulenta, czworo słuchaczy zmarło na skutek krwotoku wewnętrznego, a Prezydent ?rodkowo-Galaktycznej Rady Utrudniania Rozwoju Sztuki uszedł z życiem tylko dzięki odgryzieniu własnej nogi. Według doniesień naocznych świadków, Grunthos był "rozczarowany" przyjęciem utworu i miał właśnie przystąpić do czytania swojego poematu heroicznego w dwunastu księgach zatytułowanego "Moje ulubione bulgoty kąpielowe", gdy jego własne jelito grube, w desperackiej próbie ratowania życia i cywilizacji, przeskoczyło mu przez szyję i odcięło dopływ tlenu do mózgu.
Najgorsza poezja w całym wszechświecie przestała istnieć wraz ze swoim twórcą Paulą Nancy Millstone Jennings z Greenbridge w hrabstwie Essex, Anglia, w momencie zniszczenia planety Ziemia.
Na twarz Prostetnica Vogona Jeltza bardzo powoli wypełzł uśmiech. Nie było to jednak zrobione dla efektu, po prostu kapitan usiłował przypomnieć sobie kolejność ruchów mięśni. Skończył właśnie wrzeszczeć na swoich wię?niów - z wybitnie terapeutycznym efektem - toteż czuł się teraz całkowicie zrelaksowany i gotowy na odrobinkę niegodziwości.
Wię?niowie usiedli na krzesłach do rozkoszowania się poezją-przywiązani rzemieniami. Vogonowie nie mieli złudzeń co do opinii, jaka otaczała powszechnie ich poezję. Ich wczesne próby poetyckie były częścią subtelnych jak uderzenie maczugi prób udowodnienia, że są odpowiednio rozwiniętą, i kulturalną rasa, ale teraz jedynym powodem, dla którego wciąż pisali wiersze, byta przemożna chęć robienia wszystkim na złość.
Zimny pot oblał czoło Forda Prefecta i spłynął obok elektrod przymocowanych na jego skroniach. Były one podłączone do zestawu sprzętu elektronicznego - wzmacniaczy obrazowania, modulatorów rytmicznych, rezydulatorów aliteracyjnych i dumperów porównań - zaprojektowanego tak, aby wzmóc przeżycia artystyczne słuchacza i upewnić się, że ani jeden subtelny niuans poetycki nie przeszedł nie zauważony.
Artur Dent usiadł i zadrżał. Nie miał zielonego pojęcia, co go czeka, ale wiedział, że dotąd nie zdarzyło mu się nic, co by mu się podobało i nie wydawało mu się prawdopodobne, żeby miało się coś zmienić.
Vogon zaczął czytać - cuchnący, nieduży fragment własnego autorstwa.
- O fredlujący gruntbugglonie...! - rozpoczął. Drgawki wstrząsnęły ciałem Forda; było to gorsze, niż mógł oczekiwać.
- ...twe unkturacje są dla mnie... Jak plurdlowany gabbleblotkis w brytfannie.
- Aaaaaaarggggghhhhhh! - zawył Ford Prefect, wykręcając głowę do tyłu, gdyż przewalały się przez nil spazmy bólu. Ledwo widział zamgloną postać Artura zwijającego się i szamoczącego na kześle obok. Zacisnął zęby.
- A więc gropnij, zaklinam cię - ciągnął bezlitośnie Vogon - w me frontujące turlingdrpomy! Jego głos wznosił się na przerażające wyżyny roznamiętnionej piskliwości: - I drangluj mnie hoptomicznie krinklowymi bindlewurdlami, bo inaczej rozedrę cię na gobberwarty moim blurglekrunczonem, myślisz, że nie?!
- Nuuuyyyuuumgghhhh!!! - wrzasnął Ford Prefect, chwycony w klesze bólu podczas finałowego skurczu, gdy elektroniczne wzmocnienie ostatniego wersu posłało mu w skronie cała moc urządzenia. Jego ciało zwiotczało.
Artur zwisł na kześle.
- A teraz, ziemskie stwory... - zawarczał Vogon (nie wiedział, że Ford pochodził naprawdę z małej planety w pobliżu Betelgeuzy, zresztą gdyby wiedział i tak by go to nie obeszło) - przedstawiam wam prosty wybór! Albo umrzecie za chwilę w próżni, albo... albo powiecie mi, jak dobry jest waszym zdaniem mój wiersz!
Ryba Babel - powiedział spokojnie przewodnik "Autostopem przez Galaktykę" - jest mała, złota i przypomina pijawkę. Jest to prawdopodobnie najdziwniejsza rzecz we wszechświecie. ?ywi się energią fal mózgowych, lecz nie swojego nosiciela, ale istot go otaczających. Pochłania wszelkie nieświadome częstotliwości umysłowe fal mózgowych, którymi się odżywia. Wydala następnie do mózgu nosiciela telepatyczną matrycę utworzoną z kombinacji częstotliwości świadomych myśli i sygnałów nerwowych odebranych z ośrodków mowy mózgu, który je dostarczył. Praktyczny rezultat tego wszystkiego jest taki, że jeżeli ktoś włoży sobie rybę Babel do ucha, może natychmiast zrozumieć każdą wypowied? w jakiejkolwiek formie języka. Wzorce mowy, jakie słyszy w rzeczywistości, rozszyfrowują matrycę fal mózgowych, która została dostarczona do jego mózgu przez rybę Babel.
Powstanie i ewolucja czegoś tak niewyobrażalnie pożytecznego za sprawą czystego przypadku byłaby tak niesamowicie nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności, że niektórzy myśliciele uznali to za ostateczny i rozstrzygający dowód na nieistnienie Boga.
Ich tok rozumowania przebiega mniej więcej tak: "Odmawiam dowodzenia, że istnieję - stwierdza Bóg ponieważ dowód neguje wiarę, a bez wiary jestem niczym". "Ale - odpowiada Człowiek - zdradziłeś się rybą Babel. Nie mogła powstać przypadkowo, a więc dowodzi, że istniejesz, a więc, według twojej własnej linii rozumowania, nie istniejesz. Co było do dowiedzenia". "O rany - mówi Bóg - o tym nie pomyślałem" - i znika bez zwłoki w obłoku logiki. "To była pestka" - stwierdza Człowiek; na bis postanawia udowodnić, że białe jest czarne i zostaje przejechany na najbliższej zebrze dla pieszych.
Większość wybitnych teologów twierdzi, że dowód ten nie jest wart złamanego grosza, ale nie zmieniło to faktu, że Oolon Collubhid zrobił małą fortunkę, kiedy wykorzystał go jako centralny motyw w swoim bestsellerze "Podchwytliwe pytania dla Boga".
Offline
Lun nie czuje klimatu Sigil
Się zgadzam. Lunio należy do typu Fejriszy, które... cofnij. Po prostu nudny jest jak Kosmologia FR.
Co do reszty artykułu - wszystko fajnie, bardzo się cieszę, ale chwilami popisałeś niczym gimnazjalista, który ma podczas wypracowania do wyboru inwencje własną, co do wyboru książek albo posiłkowanie się klasykami. Ty oczywiście, jak standardowy uczeń wybrałeś numer dwa. Czemu nie znalazłeś jakiegoś undergroundowego opowiadania, tylko szastałeś Prachettem i Douglas'em?*
*Autor posta nie zapoznał się z treścią felietonu, ale zauważyl jakieś "be" na Lunara, więc po prostu musiał się wypowiedzieć. Obywatelski obowiązek.
Offline
Ponieważ tym razem nie jest to felieton czy artykuł, tylko otwarty temat do dyskusji i opinii.
Książki Douglasa i Pratchetta są a) powszechnie lubiane b) powszechnie dostępne (można je nawet ukraść w formie elektronicznej) c) powszechnie przystępne jeżeli chodzi o treść.
Jeżeli ktoś ma ochotę na coś hardkorowego (czyt. nielubianego lub nieznanego, chociaż jak dla mnie nie powinno to być wyznacznikiem czytanych książek), niech szuka - ale takie książki (nieadresowane do zbiorowego odbiorcy) raczej niczego nie wniosą do widzenia PS...
Offline
Taka lekka reanimka - Jacka Dukaja "W kraju niewiernych", opowiadanie pt. "Irrehaare", praktycznie Planescape: Torment podlane Matrixem... Choćby dorwać w Empiku i przeczytać, w bibliotece jak się uda znaleźć - nie wiem czy dokładnie o to chodziło, ale czytając miałem duuuuuuże skojarzenia z PT^^
Offline