Nie jesteś zalogowany.
Historyjka powstała, by zawrzeć w sobie pewną koncepcją, która wpadła mi do głowy podczas rozmyślań nad barwnością i złożonością Wieloświata.
Wybryk
Dzień był i tak paskudny a teraz jeszcze musiał się rozpadać deszcz. Myślał sobie mały, starszy człowieczek brnący przez oleiste krople w stroju dość fikuśnym nawet jak na Klatkę. Zmierzał do „Siedmiu Drzwi” jak zwykle, bo co lepszego miał do roboty. Lawirując dzielnie między głębokimi kałużami, z przekleństwem zmemłanym na ustach, spostrzegł wtem dziwostkę nową. Na środku ulicy stała grupka dzieciarni różnych nacji z gębami małymi roztwartymi wprost na strugi wodniste spływające z nieba. Zapatrzony w ten niecodzienny spektakl zagapił się, wpadając z donośnym chlupotem w najbliższe bajorko. Zaklął porządnie, nienawidził mieć mokrych nóg. Jednak przykra wpadka nie odwróciła jego uwagi od zabawy w spijanie deszczu, bo już kolejni mieszkańcu zaczęli łapać deszczówkę nie tylko w usta lub dłonie ale i garnki czy inne pojemniki. Wędrowiec nie zadziwił się, ale ciekawość w nim zwyciężyła nakłaniając do zbadania nowego zjawiska. Ostrożność przede wszystkim, powtórzył sobie w myśli swoją życiową dewizę i włożył lekko tylko przemoczony palec do ust. Smakował jak czekolada z owocami. Woda była słodka i jednocześnie zawierała w sobie nieprzeliczalne bogactwo smaków, jakby kto wylał nad Sigil jezioro Elizejskie.
- Wybryk – zaśmiał się gorzko w duchu i pomaszerował dalej, tym razem całkowicie skupiając się na swojej drodze i omijaniu spragnionych słodkości mieszkańców.
Gdy wszedł w końcu do gospody zawładnął nim spokój. Poczuł się lepiej w znanym otoczeniu, wśród tych samych, lepkich stolików i ścian upstrzonych kolorowymi, bezsensownymi malunkami. Nie przeszkadzał mu nawet niespotykany tłok, pewnie z powodu tego dziw-deszczu. Niechętnie ominął swoje ulubione miejsce, bo tuż obok przycupnęły dwa biesy, i zajął krzesełko przy szynku. To nic dziwnego się nie wydarzy, cieszył się w duchu. I chociaż wiedział, że nie musi być to do końca prawdą, postanowił trwać w takim przekonaniu. Zamówiwszy kufel arboreańskiej brandy, zapadł w drzemkę płytką rozpuszczając w sobie troski minionego dnia.
Nie długo jednak dane mu było trwać w tym stanie beztroskim, którego sobie tak bardzo życzył. Gdy uchylił powieki, by wygarnąć kolejny łyk, dostrzegł biały błysk w odrzwiach kuchennych. Mrugnął oślepiony i już w następnej chwili zobaczył tam młodziaka jakiegoś przytępionego, wyra?nie zagubionego. W ręku trzymał bukiet, nieobeszłym wzrokiem spoglądał na otoczenie. Wśród wszechogarniającej zawieruchy tawernianej nikt go jeszcze nie zauważył. Piajny? Nie, na pewno nie. Ten błysk… Niech to deva pierdnie, jakby nie miał już dość na dzisiaj…
→- Hej mały, poniosło cie troche, a? – wstał szybko, by nie okazać zawahania i podszedł do niego. Po twarzy młodzieńca przemknął lęk - No nie rób takich oczu wielkich, już ja wiem żeś nie stąd, ale mnie nie masz się co bać, ja nie z tych co szukają w takiej okazji podstępu wyciąć. Oj, za dużo gadam, za dużo gadam. Nic to – chod? ze mną tym prędzej, bo już widzę, że ten abiszai łakomie na cię spogląda – dokończył już ciszej, szepcząc prawie. Istotnie łeb jaszczurzy wpatrywał się w przybysza dosyć natarczywie. Chłopak nie widząc wyjścia innego lub będąc zbyt oszołomionym, by stawić sprzeciw, zaczął posłusznie podążać za starym człowieczkiem.
- Nie rozglądaj sie tak za nim, bo jeszcze mu przyjdzie ochota żeby sie twoim kosztem zabawić albo cie w jakie sidła wplątać. Tak, to ten duży niebieski, ze skrzydłami. A teraz chod? już, nie ociągaj się wciąż. I wyrzuć ten bukiet!
- Dla mojej kochanej… - odezwał się nagle chłopak, gdy wychodzili, jakby słowa te wyrwały go z trupiego letargu, jakby powoli zaczynało do niego dochodzić, w jakim stanie się znalazł. Staruszek nie czekając wyrwał mu kiść kwiatową i cisnął w błoto.
– Nieprędko się z nią zobaczysz – wyjaśnił, a potem dodał już pod nosem, jakby dla siebie samego – jeśli w ogóle.
Popatrzył teraz dokładniej w stroskaną twarz swego podopiecznego i poczuł, że powinien coś powiedzieć, chociaż po to, żeby samemu się lepiej poczuć:
- Posłuchaj, wiem, że to wszystko nie trzyma się kupy, ale jesteśmy w pośpiechu. Nie mam czasu teraz żeby ci wtłaczać do łba te wszystkie śpiewki, z których i tak nic nie zrozumiesz. Muszę ci znale?ć tylko kryjówkę bezpieczną i zmykam, bo nie jestem sobie jakimś dobrym archontkiem, żeby się z tobą pieścić. – zaperorował się mały człowieczek. Dopiero teraz spojrzał na pierwszaka, którego prowadził obejmując za ramię, po czym mruknął ledwo słyszalnie – Ja i moje wyrzuty sumienia, eh.
- Dokąd idziemy? – zapytał nieśmiało chłopak.
Ale nie otrzymał odpowiedzi, bo jego opiekun był pochłonięty myślami. Musiał go doprowadzić do Myszy, on będzie wiedział, co zrobić. Zajmie się nim najlepiej. Byle szybko trafić do tej jego nory, niewesoło szwędać się po Klatce o zmierzchu samemu a co dopiero z takim cielakiem zamroczonym. Podążali zatem krętą ścieżką pełną skrótów, starając się nie zwracać na siebie zbyt wiele uwagi.
Tymczasem cudowna ulewa już ustąpiła a oni dotarli już prawie na miejsce, gdy zza rogu jakiejś rudery wychynął wysoki mężczyzna i począł zdążać ku nim. Staruszek zatrzymał się natychmiast a po chwili uporczywego wpatrywania się w twarz przysłoniętą zapadającym zmrokiem, dostrzegł w niej znajome rysy.
- Wziątek? – rzucił do zbliżającego się draba i po chwili już był pewien.
- Siemasz stary, a ciebie dokąd niesie taką pó?ną porą? – po czym rzuciwszy przelotne spojrzenie na chłopaka dodał – Znajomego nowego żeś se znalazł, a?
- Pierwszak. Wpadł przez jakiś przypadkowy portal prosto do kuchni Siódemki. Musiałem go stamtąd zabrać, zupełnie zaćmieczony, zaraz by go zjedli, tłok taki dzisiaj, biesy się kręcą…
- Eh, kiedyś zgubi cię ta twoja dobroczynność, pamiętaj. Opchnij go Myszy i będziesz miał spokój.
- Tam właśnie ide. A co ty teraz robisz na… - ale nie dokończył tego zdania bo już w następnej chwili wysoka postać jego rozmówcy rozpłynęła się w powietrzu z donośnym trzaskiem jakby ktoś rozdarł naraz tuzin prześcieradeł, wiatr donośny odepchnął ich do tyłu i zabryzgał purpurową posoką.
Jakieś strzępy szmaciaste przefrunęły wokół, ale całej sceny zdawało się nikt nie zauważył.
- Tfluu! – stary z uporem wypluwał z siebie resztki lepkiej flegmy. Był zły, ten dzień zdawał się nie mieć końca, zdawał się rozpędzać z każdą chwilą w coraz większy chaos – W labirynty go wcięło czy co? Jeszcze jeden wybryk, tego samego dnia, toż to już jest koniec świata. Niech was wszystkich…
- Wybryk? Czy to coś znaczy? Co się stało z tym człowiekiem? – niespodziewanie przerwał mu chłopak. Coraz bardziej rozbudzał się z szoku popodróżnego. Im więcej się wokół niego działo tym bardziej zdawał się zapominać o świecie, z którego przybył a mocniej zespalać z nową rzeczywistością, w jakiej się znalazł.
- Wybryk? Ha, to dobre pytanie. Niech ci będzie ślepaku, opchnę ci tę śpiewkę, może co z niej zrozumiesz. – odparł by okręcić swe myśli wokół czegoś innego i zaczął przemawiać idąc szybko, byle dalej od ponurego miejsca.
- Wieloświat, w którego środeczku się znalazłeś jest jak powszechnie wiadomo, choć ty oczywiście sobie z tego sprawy nie zdajesz, nieskończony. Jest nieskończony w każdym możliwym aspekcie swego istnienia a to oznacza, że zawiera w sobie wszystko, co tylko można sobie wyobrazić a nawet więcej. Każda rzecz, zjawisko, cokolwiek co tylko może zaistnieć, na pewno zaistnieje albo już zaistniało albo właśnie się dzieje. Cień tylko znać kiedy i gdzie. Nie bój się, nie słuchasz teraz rojeń starego trepa, co plecie co mu na język spłynie. Byłem uczonym, dziecko, byłem badaczem tajemnic planów. Ale to dawne dzieje, wystarczyło mi wpaść w utarczkę z tym Atharowcem pomylonym, by mi najgorsze świństwo zrobili. Ale co cie to może obchodzić. Słuchaj dalej.
- Widzisz tego potworka czerwonego tam po dachem? Tak, tego dużego, co nie wiadomo, kiedy twarz zgubił Pierwszy raz widzę tu takie ścierwo. Znam połowę tego wielkokołowego śmiecia, co się tędy przewala, ale jak żyję nigdy się z takim nie spotkałem. I co myślisz, że mnie to dziwi? Nie. Pamiętaj pierwszą zasadę, co działa jak przez trzewia sfer się przekręcasz – niczemu się nie dziw. To zaoszczędza czas potrzebny na ucieczkę.
- Inne wybryki? Powiadają, że ta kretyńska, wielgachna wieża oblężnicza w samym środku dzielnicy urzędników jest sferotknięta. Tak, jednego dnia spadła z nieba, tak po prostu i bez ostrzeżenia. Nagle łup i już jest. Jestem nawet skłonny w to uwierzyć. Kiedyś jeden skurl wmawiał mi, że pewnego wieczora stłukł niechcący pięć szklanic ze stołu je zrzuciwszy, a one w tej samej chwili poskładały się i wskoczyły z powrotem na ten stół. Dajesz wiarę? On nie uwierzył, za chwilę znowu je zrzucił z takim samym skutkiem. Co ciekawe rzecz dotyczyła tyko szklanek i tylko w tym miejscu. A następnego dnia było już zwyczajnie. To są właśnie wybryki! Niewytłumaczalne zjawiska, które jednak mają jakąś przyczynę. Ale nigdy jej nie dojdziemy, synu. No jesteśmy na miejscu. Bo w nieskończoności zawsze znajdzie się coś o czym nie miałeś pojęcia. Nie wiem co się stało z tym trepem cośmy z nim se pogadali. Może coś przeskrobał i Pani zapragnęła z nim skończyć? A może jakiś niedoszły magik pomylił jakieś zaklęcie i zamiast demona, którego chciał przywołać wessał w międzywymiarowy portal mojego kumpla? A może gdzieś na alternatywnym planie materialnym wydarzył się jakiś paradoks czasowy i spontaniczna fluktuacja temporalna dostała czkawki akurat w tym miejscu i czasie rozbijając go na drobne cząsteczki? Nie mam pojęcia!!!
Staruszek odetchnął z wyra?ną ulgą. Choć werwy miał w sobie nie mało, długa wędrówka połączona z wygłaszaniem mów zapamiętałych zatchnęła go trochę. Dyszał teraz opierając się o przyprowadzonego tu chłopaka.
- Proszę pana, co ze mną będzie? Co teraz?
- Wejd? do środka, i powiedz że się zgubiłeś, Mysza się już tobą zajmie. Id? – a widząc niepewność w oczach pierwszaka otworzył drzwi i wskazał mu drogę. Wtedy dopiero chłopak wszedł do mrocznego wnętrza. Jedna myśl zaświtała mu jednak nagle i chwycił młodzieńca za koszulę.
- Słuchaj, wiem ze mówiłem że nie chce cię oskórować - bo to jest prawda - ale czy nie masz może czegoś przy sobie, co by godziwie mogło mnie wynagrodzić za trudy i znoje i takie tam. Hej, no wysil się trochę a pogmeraj po kieszeniach. Czekaj. Przecież mówiłem, że jestem biednym uczonym…
Ale chłopak przestraszył się chyba, bo pospiesznie zamknął za sobą drzwi. Zrezygnowany staruszek machnął ręką.
- A niech cię też we?mie w labirynty! Tfu - i zapluł z głębi serca w kałużę cukrowego deszczu.
Offline
Ciekawa historyjka. Umiejętnie oddany klimat i kmina Sigil, specyficzny humor. Nawet pomimo braku większej fabuły, spodobała mi się koncepcja. Jeśli mam się czegoś przyczepić, to mało opisów, czasem ciężko się połapać, w jakim miejscu znajduje się bohater. Główny bohater również jest IMO za mało wyrazisty. Ale klimat i nastrój Sigil bez najmniejszego zarzutu. Tak trzymać! :ladyofpain:
Pozdrawiam
:limlim:
Cubuk
Offline
Bardzo mi się podoba. Niemniej nie czuję tego zawieszenia dzieła w połowie. Nie wiem, czemu chłopak mu nie zapłacił. Osobiście odbierałbym to jako część dłuższej pracy i szkoda, że to wszystko. Ale to, co jest, jest super.
Pracy potrzebna jest korekta. Już pierwsze dwa zdania budzą dziwne wrażenie - powinny stanowić jedno.
Offline
Pierwotnie chciałem tylko napisać coś o możliwościach jakie niesie za sobą nieskończoność sfer, o tym, że przez to nigdy ich nie zrozumiemy, bo zawsze znajdzie się coś niewytłumaczalnego (nawet dla obieżysferów-weteranów). Pomyślałem, że można tę koncepcję zrealizować w postaci fabularnej. Stąd sięgnąłem po wielokrotnie wykorzystywany motyw sferowca oprowadzającego pierwszaka. Wkrótce jednak historyjka zaczęła się rozrastać w miarę jak chciałem ją urealnić i jej najważniejszy wątek został przyćmiony przez inne. Przede wszystkim jednak cieszę się że Wam się podoba :smile: Może kiedyś pisząc jakieś opowiadanie sięgnę po ten fragment tym samym komponujac go w większą całość.
Co do błędów stylistycznych, zawsze miałem problem, bowiem mówiono mi że buduję za długie zdania, nadmiernie złożone, zatem czasami staram się je sztucznie skracać. Przypuszczam że wszystkie dziwne konstrukcje gramatyczne, które wzbudzają negatywne wrażenie wynikają z mojego inżynieryjnego podejścia do pisania. Czasami staram się zawrzeć zbyt wiele treści w zbyt niewielu słowach. Dopóki nie znajdę kogoś znającego się na naszym ojczystym języku lepiej ode mnie, każdy z Was może z powodzeniem spróbować dokonać korekty :razz:
Offline
Wszyscy liczą się z przemijalnością, ale też
w Sferach liczysz się tyle ile sam działasz i ile po sobie pozostawisz.
Walić nieskończoność, cnotliwy paladyn jest KIMŚ, jest indywiduum niż szarak i będzie istniał. Dlatego nie poddają się w PSie trwodze obecną w różnych dark fantasy, a żyją dalej i jak najintensywniej.
Offline